Nie pamiętam już kiedy narodził się pomysł na zimowy wypad do Finse. Z pewnością był on jednak inspirowany letnią wyprawą z 2017 roku, bowiem w jej trakcie znalazłem w tamtej okolicy kilka miejsc z dużym potencjałem na zdjęcia kolejowe. Wówczas niestety zabrakło czasu na fotografowanie. Oczami wyobraźni widziałem jednak te krajobrazy przykryte śniegiem i z sunącym przez nie pociągiem. Taka wizja wydawała się bardzo kusząca.

Prolog

Planowanie zacząłem w styczniu. Termin padł na długi weekend na przełomie kwietnia i maja. Szczegóły planu opracowałem po sprawdzeniu cen biletów kolejowych na trasie Oslo-Finse oraz sprawdzeniu rozkładów lotów między Gdańskiem i Oslo. Odliczając dni do wyjazdu, robiłem rozeznanie, co będzie mi potrzebne na miejscu i stosownie do tego uzupełniałem wyposażenie. Rozważałem wzięcie ze sobą rakiet śnieżnych, ale po nawiązaniu kontaktu z Polakiem pracującym w Finse zrezygnowałem z tego pomysłu. W zamian za przywiezienie kilku rzeczy z Polski obiecał mi on pożyczyć swoje rakiety. Stosownie do prognoz pogody dopasowałem zestaw odzieży, jaki miałem zabrać ze sobą. Zamiast planowanego początkowo bardziej letniego stroju w postaci wiatrówki i softshella zdecydowałem się na trzysezonową kurtkę z membraną.

W paradnym rytmie

Wylot z Gdańska mam o godzinie 9:20, co jest bardzo przyzwoitą porą. Na lotnisku zjawiam się standardowo około 2 godzin przed odlotem. Zawijanie plecaka w folię, odprawa bagażowa, kontrola bezpieczeństwa i ruchomymi schodami dostaję się w sam środek przebudowanej strefy wolnocłowej. Około godzinne oczekiwanie mija szybko, a w jego trakcie fotografuję przez szybę PKMki, które zbliżają się od strony przystanku Gdańsk Rębiechowo.

Mam świadomość tego, że ostatnia zima w Norwegii była wyjątkowo długa i obfitowała w duże opady śniegu oraz niskie temperatury. Biała kołderka zalegająca w lesie tuż przy lotnisku Gardermoen jest jednak mimo wszystko dosyć zaskakującym widokiem. W drodze po odbiór bagażu zahaczam na chwilę o sklep wolnocłowy. Fińska nalewka z maliny moroszki jest, trzeba będzie ją zatem kupić w drodze powrotnej. Około 11:30 jestem już na peronie. Ponieważ nie mam obowiązku skorzystania z pociągu o godzinie wskazanej na bilecie, to nieco czasu tutaj mogę poświęcić na zdjęcia. Jest pochmurno i generalnie dosyć chłodno, a nieopodal wciąż zalegają pryzmy śniegu. W obiektyw wpadają mi składy typu Flirt oraz BM71, kursujące z prędkością 200km/h i bez postojów między lotniskiem a głównym dworcem w Oslo jako pociągi wahadłowe Flytoget. Jednym ze składów podmiejskich udaję się do stolicy.

Pięćdziesiąt kilometrów robi różnicę, pogoda tu jest już o wiele lepsza i słońce przyjemnie grzeje. Mam ponad 3 godziny nim wyruszę w dalszą drogę do Finse. W tym czasie odwiedzam okoliczne sklepy turystyczno-sportowe w poszukiwaniu niezbędnego mi gazu do kuchenki. Przy okazji kupuję grubsze rękawiczki. Całkiem fajny model ze wzmocnieniami na wewnętrznej stronie dłoni dostępny jest w cenie, która nawet w Polsce byłaby atrakcyjna, a co dopiero tutaj. Ceny sprzętu zresztą niewiele odbiegają od naszych. Różnica jest na poziomie 20-30%, co nie odzwierciedla różnicy w sile nabywczej waluty. Wracając w kierunku dworca trafiam na sklep DNT czyli norweskiej organizacji turystycznej. Piękny emaliowany garnuszek z jej logo aż prosi, by go kupić. Tylko dlaczego kosztuje równowartość niemal 100 zł? Na jednej z półek odkrywam za to pudełko z kuchenką gazową. Bardzo interesujący i lekki model. Byłbym gotów kupić go od ręki, bo taki palnik chodzi za mną już od jakiegoś czasu, ale podejrzewając, że może uda się go kupić gdzie indziej w lepszej cenie, robię tylko zdjęcie pudełka i wychodzę.

Pozostałe półtorej godziny zamierzałem spędzić na dworcu czytając książkę, ale pogoda zachęca do spaceru. Ruszam zatem ku głównemu deptakowi w Oslo, Karl Johans Gate. Niebawem do moich uszu dociera rytmiczna muzyka. Pierwsza myśl to jakiś happening, młodzieżowa impreza albo coś podobnego. W rzeczywistości okazuje się, że to dźwięki orkiestry marszowej. Niespodziewanie trafiłem na paradę tego typu grup muzycznych. Ich korowód zdaje się nie mieć końca! Muzycy są poprzebierani w różnokolorowe stroje i jak wynika z treści chorągwi i proporców, ściągnęli do stolicy z całego kraju. Skład wiekowy grup jest mocno zróżnicowany, od młodzieży szkolnej aż po emerytów. Fotografując kolejne grupy, sukcesywnie przemieszczam się w kierunku pałacu królewskiego. Po drodze odkrywam sklep firmowy Freia, norweskiego producenta słodyczy. Oczy mam jak pięciozłotówki, bo można w nim kupić na wagę m.in. cukierki lukrecjowe Lakris. Zasmakowały mi one wyjątkowo podczas poprzedniej wizyty w Norwegii. Do tej pory nie wiedziałem jednak, czy da się je kupić gdziekolwiek w większej ilości. Dotychczas trafiałem na nie bowiem tylko w paczkach, w których były wymieszane z wieloma innymi smakami.

Docieram w końcu pod siedzibę monarchy, skąd jest piękny widok na deptak. Przemarsz orkiestr trwa w sumie około godziny. Niezwykle ucieszony tym wydarzeniem wracam na dworzec. Pozostało już niewiele czasu do odjazdu, po krótkim oczekiwaniu pociąg do Bergen zostaje podstawiony i zajmuję w nim swoje miejsce. W okolicy Drammen na jednym ze wzgórz w pobliżu wciąż czynny jest stok narciarski. Im bliżej Finse, które jest najwyższym punktem na trasie między Oslo i Bergen, tym więcej śniegu. Początkowy odcinek szlaku rowerowego za Haugastoel jest udrożniony, stanowi on bowiem dojazd dla samochodów do pobliskich domków letniskowych, tzw. hytt. Po kilku kilometrach nie ma jednak już po nim śladu.

Kilka minut po godzinie 20 wysiadam w Finse. Słońce jeszcze nie zaszło. Jezioro Finsevatnet jest zamarznięte i przykryte śniegiem, ale nie ryzykuję marszu po jego powierzchni i normalną drogą zmierzam do schroniska. W holu jest gwarno, wiele osób siedzi przy stolikach i popijając różne napoje rozmawia ze znajomymi bądź krewnymi. Zostaję zameldowany do wieloosobowego pokoju na końcu budynku i zajmuję tam ostatnie wolne łóżko. W pewnym momencie w trakcie rozpakowywania moją uwagę przyciągają hałasy docierające przez otwarte okno. Czujne ucho wyłapuje odgłosy zbliżającego się pociągu. Od strony Bergen nadjeżdża krótki skład roboczy, mała lokomotywa spalinowa ciągnie maszynę do szlifowania torów typu Speno. Super traf jak na początek wyjazdu! Zabrawszy zamówione rzeczy, idę odwiedzić znajomego i odebrać rakiety. Przy okazji dłuższej rozmowy dowiaduję się sporo o warunkach życia i pracy w Finse. W tym miejscu na stałe zameldowanych jest tylko kilka osób. Dojazd samochodem jest możliwy tylko dla osób posiadających zezwolenie. Szutrową drogę z Haugastoel blokuje bowiem w pewnym miejscu bramka na klucz. Pozostaje pociąg, a zimą dodatkowo skuter śnieżny. śnieg zresztą w tej okolicy zalega przez większość roku. Nie jest bowiem niczym niezwykłym gruba jego pokrywa jeszcze w czerwcu. Tak było 3 lata wcześniej, gdy po raz pierwszy oglądałem te okolice przez szybę w pociągu. Jechaliśmy do Oslo w pierwszy dzień lata, a przed sobą mieliśmy śnieg jak okiem sięgnąć. Po powrocie do pokoju czas na wieczorną toaletę i szykowanie się do spania, co czynią też pozostali w pokoju. Wpełzam w śpiwór i zapadam w sen.

Please follow and like us: