Prolog

W listopadzie 2018 roku przeczytałem na portalu mojanorwegia.pl o lodowcu Nigardsbreen, który tamtego lata skurczył się o 81 metrów, co było rekordem od początku pomiarów jego długości. Mając świadomość jak szybko zmienia się klimat, sprawdziłem gdzie ten lodowiec się znajduje i zacząłem brać go pod uwagę jako jedno z miejsc do odwiedzenia w kolejnym roku. W planie na 2019 miałem przejście szlaku Massiv, który prowadzi przez cztery pasma górskie w Norwegii. Ostatecznie jednak zrezygnowałem z tego pomysłu z bardzo prozaicznego powodu – zabrakłoby mi na to urlopu. Padło zatem na Nigardsbreen, w połączeniu z trekkingiem po górach w tamtym rejonie.

Mając określoną ilość dni do dyspozycji oraz założony budżet, zacząłem planowanie. Od środków transportu, przez miejsca noclegowe, do dziennych dystansów do pokonania, z kilkoma nawrotami po drodze – szara rzeczywistość podróżnika. Gdy plan był już w zasadzie gotowy, to okazało się że muszę go odwrócić o 180 stopni. Inaczej bowiem nie miałbym gdzie zakupić gazu do kuchenki turystycznej na początku wędrówki. W Polfoss nie ma bowiem żadnego sklepu, za to jest on w Bismo. Jeszcze jedna zmiana została wprowadzona gdy okazało się, że źle rozplanowałem dni po odwróceniu kierunku marszu. Został mi jeden dzień i dzięki temu mogłem bardziej równomiernie rozłożyć dzienne dystanse do przejścia. Ostatnia istotna zmiana miała miejsce już latem 2019 roku, gdy okazało się, że po lodowcu są organizowane wycieczki. Bardzo mnie ucieszył ten fakt, bo dzięki temu pojawiła się okazja do zobaczenia lodowca z naprawdę bliska.

29. sierpnia, wieczór

W klepsydrze odmierzającej czas do wyjazdu na tegoroczny urlop spadają właśnie ostatnie ziarnka piasku. Jutro wyruszam w kolejną podróż. Pełen radości w sercu, ale także niepewności co do wielu rzeczy. Pytań, które krążą w tym momencie w mojej głowie, jest bez liku. Czy o niczym nie zapomniałem? Czy nie zaśpię? Czy rano nadal będzie gdzieś blisko do dyspozycji auto z carsharingu? Czy loty się nie opóźnią? Czy w Oslo zdążę na autobus? Czy do Bismo dojadę bez opóźnień, by zdążyć kupić gaz do kuchenki przed wyjściem na szlak? Gdzie będę jutro nocował? Jak minie mi pierwsza noc w namiocie w norweskich górach? Jaka będzie pogoda? Czy będzie mi doskwierać samotność? Czy brak dostępu do elektryczności oraz bieżącej wody nie będzie problemem? Biorę prysznic, sprawdzam po raz kolejny ubrania przyszykowane na rano, rozglądam się po mieszkaniu czy ominąłem czegoś podczas pakowania. Robię herbatę do termosu i kanapki, wysyłam znajomym zaproszenie na bloga, gdzie będzie pojawiać się relacja z wyprawy. Po 21 kładę się spać, zasypiam dosyć szybko.

30. sierpnia

Budzę się o 3:30. Toaleta, ubieranie, herbata i po kwadransie zbieram się do wyjścia. W międzyczasie doświadczam małej awarii, żarówka w żyrandolu dosyć efektownie kończy swój żywot, skutkiem czego wylatuje „korek” od obwodu oświetlenia. Nie ma czasu teraz na takie rzeczy, przestawiam wyłącznik do pozycji „zero”, podnoszę właściwą dźwigienkę w rozdzielnicy i zakładam buty. Auto z jednej z sieci carsharingowych stoi kilka minut spacerem od mojego domu. Plecak i worek z bagażem podręcznym trafiają na tylne siedzenie. Jadę niespiesznym tempem przez pogrążony we śnie Gdańsk. Renault trafia na parking przy ul. Spadachroniarzy, gdzie auta tej sieci moją być pozostawiane bez opłat. Zaspany portier wygląda z budki i widząc logo sieci na samochodzie, rzuca „Niech Pan sobie gdzieś zaparkuje”. Po paru minutach spaceru wchodzę do terminala gdańskiego portu lotniczego. Chwila na rozejrzenie się i zaczynam swój stały zestaw czynności: zawinięcie plecaka w folię stretch, nadanie bagażu rejestrowanego, zjedzenie kanapki, wypicie wody, przygotowanie do kontroli bezpieczeństwa. Przebiega ona bez problemów, choć jak zawsze jest dosyć upierdliwa. Konieczność ściągania butów, wyciągania paska ze spodni, rozpakowywania bagażu podręcznego celem oddzielenia elektroniki od reszty zawsze mnie irytuje, a tacki, które na końcu taśmociągu znikają w czeluściach maszyny, dodatkowo pogłębiają ten stan.

W hali odlotów oczekuję na otwarcie bramki. W salonikach prasowych nie znajduję już niestety letniego numeru „Przekroju”, więc zadowalam się „Tygodnikiem Powszechnym”. Nieco szczuplejszy magazyn będzie mi umilał podróż autobusem w Norwegii. Poranek jest piękny, przez cały lot do Kopenhagi towarzyszy mi słońce. Przyjemnie jest również w duńskiej stolicy. Czas oczekiwania na przesiadkę wykorzystuję na podładowanie telefonu.

Lotnisko Oslo Gardermoen po raz kolejny mnie nie zawodzi. Bagaż szybko pojawia się na taśmie, a znalezienie przystanków autobusów dalekobieżnych nie przysparza żadnych problemów. Duża tablica prezentuje informacje o odjazdach najbliższych kilkudziesięciu autobusów. Kolejny powód do zmartwień ucieka z mojej głowy. Kupuję przez telefon bilet na autobus, który zjawia się po około kwadransie. Jego zapełnienie jest umiarkowane, zajmuję wolne miejsce w tylnej części po lewej stronie. Na początkowym odcinku trasy łapiemy niewielkie opóźnienie z powodu robót drogowych. Trasa przebiega wzdłuż ciągnących się kilometrami jezior, a za Lillehammher na dłuższym odcinku jedziemy wzdłuż linii kolejowej Oslo-Trondheim. Czas upływa mi na lekturze prasy, podgryzaniu przekąsek i podziwianiu widoków za oknami. Wczesne wstawanie powoli daje mi się we znaki i przed Odda na chwilę przysypiam. Drzemka dobrze mi robi. Do Bismo dojeżdżamy niemalże punktualnie, zatem moje plany zakupowe są niezagrożone. Autobus odjeżdża, zatem witaj przygodo! W niewielkim centrum handlowym, które znajduje się po przeciwnej stronie ulicy, odnajduję sklep ze sprzętem turystycznym i nabywam tam pojemnik z gazem. Przy okazji dokupuję też kilka rzeczy w supermarkecie. Pogoda jest całkiem niezła, coś tam pokapuje z nieba ale jest ciepło. Robię sobie pamiątkowe selfie i ruszam w drogę.

Po kilku kilometrach wędrówki poboczem asfaltowej szosy, z rzadka uczęszczanej przez samochody, docieram do skrzyżowania i skręcam w prawo. Szutrowa droga zaczyna mnie prowadzić w głąb doliny Lundadalen. W pewnym momencie skręcam z niej na ścieżkę, która jednak okazuje się ślepa. Aby uniknąć wracania nią muszę się wspiąć po piaszczystym zboczu, które mam teraz obok siebie. Wygramoliwszy się na górę, momentami niemal na czworaka, docieram do drogi przy jakimś wyrobisku. Wiedzie mnie ona dalej w głąb doliny. Mijają mnie pojedyncze samochody, których warkot zakłóca szum płynącej tuż obok rzeki Skjøli. Woda kotłuje się wokół licznych skał i powalonych drzew, wystających z jej nurtu.

W końcu docieram do parkingu na końcu drogi. To tutaj zaczyna się park narodowy Breheimen, po którego terenie mam zamiar wędrować przez najbliższy tydzień. Zaparkowanych jest kilka pojazdów, a tuż obok znajduje się opuszczone gospodarstwo. Po chwili rozglądania się po okolicy decyduję się na rozbicie namiotu na jego terenie. Planowałem przejść jeszcze kilka kilometrów ale powoli kończący się dzień zniechęca do tego, a dodatkowo nie wiem jak teren będzie dalej wyglądał. W miarę płaski kawałek ziemi, który zdaje się nadawać na rozbicie namiotu, jest jednak zaminowany. Zeschnięte owcze kupy na szczęście łatwo poprzesuwać butem. Walcząc z wiatrem rozkładam moje niewielkie schronienie. Szybko jednak trafiam na kolejną przeszkodę. Warstwa ziemi w tym miejscu ma zaledwie kilka centymetrów, a to zdecydowanie za mało na solidne wbicie śledzi zabezpieczających odciągi namiotu. Zaczynam sondowanie terenu w pobliżu, aż w końcu trafiam na skrawek z grubszą warstwą ziemi. Znów muszę się pobawić w sapera i go odminować, a w trakcie tej czynności zaczynam rozważać nocleg w szopie na terenie gospodarstwa. Jest jednak w niej pełno śmieci, a dach nie sprawia wrażenia solidnego. Koniec końców mam gotowy swój mały domek, choć jego postawienie zajęło mi w sumie niemal godzinę. Powoli się ściemnia. Zjadam kolację. Resztki zasięgu pozwalają dać znać bliskim, że dotarłem szczęśliwie do celu. Noc zapowiada się wietrznie. Wkładam stopery do uszu i łykam pigułkę nasenną, aby móc spokojnie przespać noc mimo łopoczącego namiotu. Zasypiam dosyć szybko.

31. sierpnia

Noc minęła spokojnie, nie obudziłem się ani razu. Poranek jest pochmurny, wokół snują się mgły. Słońce nieśmiało próbuje się przez nie przebijać i delikatnie rozświetla zbocza gór po zachodniej stronie. Przygotowuję śniadanie, zwijam śpiwór, składam namiot i pakuję cały mój dobytek do plecaka. W pewnym momencie dostrzegam owce, które przyszły nie wiadomo skąd i przemknęły po terenie gospodarstwa kilka metrów ode mnie. Po przejściu na drugą stronę rzeki nabieram wody do butelki i ruszam na szlak. Wkrótce dostrzegam pierwsze oznaczenia wskazujące drogę. Czerwone „T” bezbłędnie prowadzą turystów po setkach kilometrów szlaków w całej Norwegii. Po chwili marszu mijam też symboliczne wejście do parku narodowego Breheimen. Niewielka tabliczka z jego nazwą i logo znajduje się na słupku, a poza tym nie ma nic więcej. Po około pół godzinie wracam na zachodni brzeg rzeki. Most, podobnie jak poprzedni, jest niemal nowy. Tutaj również woda pod nim kotłuje się wokół skał wystających z nurtu. Po drugiej stronie pośród drzew pasą się owce. Te sympatyczne stworzenia nie są niczym niezwykłym w norweskich górach. Ale krowy, które zauważam kawałek dalej, to rzadkość. Po raz pierwszy napotykam się na te zwierzęta w takim miejscu.

 

Ścieżka zaczyna prowadzić otwartym terenem, w pewnej odległości od rzeki. Szlak najpierw prowadzi nieco pod górę, ale później zaczyna się wypłaszczać. Z przydrożnych krzaczków podskubuję jagody. Dolina się poszerza, w miarę posuwania się w górę rzeki jej nurt jest coraz bardziej spokojny. Znikają skały na brzegach, a woda jest o wiele płytsza. Obserwując otoczenie dochodzę do wniosku, że decyzja o noclegu na terenie gospodarstwa była bardzo dobra, tutaj bowiem ciężko byłoby o kawałek płaskiego, suchego i czystego terenu. Po niespełna dwóch godzinach od startu pojawiają się pierwsze budynki. Jeden z nich to prawdopodobnie Sauhytta, prywatna chatka górska. Na etapie planowania rozważałem ją jako miejsce noclegu. W ten rejon planowałem też dotrzeć poprzedniego dnia. Rzeka płynie coraz szerszym korytem. Miejscami swoje odnogi rozlewa na szerokości kilkudziesięciu metrów. Ścieżka faluje po nierównościach terenu. Idąca za mną od pewnego czasu grupka trzech mężczyzn w końcu mnie wyprzedza. Sądząc po przytroczonych do plecaków strzelbach są myśliwymi. Przy jednym z kolejnych domków zagaduje mnie człowiek, pytając się czy widziałem renifery. Z pomocą jego lornetki mogę dostrzec stado tych zwierząt na zboczu po drugiej stronie doliny. Na zboczach gór przede mną pojawia się pierwszy śnieg, a w oddali mogę też dostrzec fragment jęzora lodowcowego.

Wedle mapy powinienem niebawem dojść do jeziora, z którego wypływa rzeka wzdłuż której wędruję od blisko czterech godzin. Szlak w tym miejscu powinien mnie zaprowadzić na jej drugą stronę, ale widzę jedynie przyczółki mostu, bez czegokolwiek po czym mógłbym się przedostać suchą stopą. Ponieważ jednak wydeptana ścieżka w tym miejscu prowadzi dalej na wprost, to z braku lepszego pomysłu ruszam nią w dalszą drogę. Trafiam nawet co jakiś czas na nieco wypłowiałe już oznaczenia szlaku. Teren nieco się podnosi i jest coraz bardziej podmokły. Zaczynają też pojawiać się strumienie, spływające z gór do jeziora. Podczas pokonywania jednego z nich tracę równowagę. Zanurzony w wodzie kamień, na którym stanąłem, przechyla się pod moim ciężarem. W efekcie ląduję w wodzie, która wlewa mi się do butów oraz zamaczam nieco torbę foto. To jednak jest najmniejszy problem. W momencie lotu do wody podparłem się kijkami trekkingowymi i dla jednego z nich jest to niestety zbyt duży ciężar. Jego dolna sekcja wygięła się, a przy próbie wyprostowania pęka. Zostaję zatem już na początku wyprawy z jednym kijkiem, co nie ułatwia sprawy. Przy kolejnym większym strumieniu nie ryzykuję i decyduję się na zejście w dół i obejście go brzegiem jeziora. Ten jednak, choć wygląda stabilnie, to jednak jest bardzo grząski. Piasek zapada się pod moim ciężarem, do tego woda w pewnych miejscach jest dosyć głęboka i w efekcie znów mi chlupie w butach. Dobrze chociaż że pogoda się poprawiła i słońce przyjemnie grzeje. Ścieżka stopniowo zanika i dalsza droga jest kluczeniem pośród krzaków na zboczu opadającym do jeziora. Marsz w takim terenie jest dosyć frustrujący, bo zarośla, choć cherlawe, to skutecznie plączą się co chwila wokół nóg. Gdy wreszcie docieram do końca jeziora, to do schroniska Trulsbu pozostają mi jeszcze niecałe 2 kilometry.

W planie mam nocleg w awaryjnym szałasie Medalsbu, który znajduje się 6 kilometrów dalej. Najpierw muszę jednak pokonać wartki górski potok, który odsłania się przede mną. Woda wpływa głębokim korytem o szerokości ponad 2 metrów, a impet z jakim spływa budzi duży respekt. Powoli wspinam się po skalno-kamienistym zboczu w górę nurtu w poszukiwaniu miejsca do przejścia na drugą stronę. W pewnym momencie wypatruję jak mi się wydaje dosyć dobry punkt. Po dosyć dokładniejszym rozejrzeniu się i poobserwowaniu rwącej wody podejmuję jedyną słuszną w tym momencie decyzję o wycofaniu się do jeziora. Przejście przez potok to zbyt duże ryzyko, tym bardziej że mam możliwość obejścia go w miejscu, gdzie jego nurt jest dużo spokojniejszy, a woda płytsza. Będzie to pewnie wiązać się z brodzeniem w wodzie po kolana, ale tak czy inaczej jest to o wiele bardziej bezpieczne. Po drugiej stronie doliny odnajduję szlak, który prowadzi od mostu, po którym miałem przejść kilka godzin wcześniej. Po kilkudziesięciu minutach docieram do schroniska Trulsbu. Jak się okazuje, podjąłem bardzo dobrą decyzję rezygnując z przejścia przez ten ostatni potok. Z tej strony widać bowiem, że tuż obok niego z gór spływa kolejny niewiele mniejszy od niego i nawet gdyby ten pierwszy udało mi się pokonać, to nie wiadomo czy nie musiałbym i tak zawrócić do jeziora. Rezygnuję z dalszego marszu do Medalsbu i postanawiam przenocować w bardziej komfortowych warunkach. W schronisku jak się okazuje nie będę jedyną osobą tej nocy. Przede mną dotarł tu turysta z Niemiec. Suszy on obecnie swój namiot i resztę rzeczy, przemoczonych poprzedniego dnia. Wędrował z kierunku południowo-zachodniego i trafił na wyjątkowo deszczową pogodę. Wieczór upływa nam na wymianie doświadczeń. Rejestrując swój pobyt w dzienniku schroniska spostrzegam, że jestem tutaj… 62 osobą od początku roku (sic!). Na zewnątrz zaczynać dosyć mocno wiać. Chwalę siebie za to, że zdecydowałem się na nocleg w tym miejscu. Piec typu koza daje przyjemne ciepło oraz pozwala na zagrzanie wody na kolację bez konieczności korzystania z kuchenki gazowej. Kładę się spać około 22.

Please follow and like us: