Z widokiem na Alpy

Budzimy się około pół godziny przed stacją docelową, akurat by zdążyć na spokojnie uporać się z poranną toaletą (do łazienek w wagonach z miejscami leżącymi rano zawsze są kolejki) i spakować.

Zapominam jednak o długopisie, ale jego brak zauważam dopiero nieco później. Azjatka zaś zostawia słuchawki, ale ponieważ nie ma jej już w przedziale, to już raczej nie odzyska swojej zguby. W okolicach Bazylei jeszcze nie widać ani odrobiny śniegu. Słońce, które ledwo co rozpoczęło swoją wędrówkę po niebie, rozświetla teraz halę dworca swoimi pierwszymi promieniami. Przesiadamy się pospiesznie do pociągu Interregio do Lucerny. Zajmujemy jedne z ostatnich wolnych miejsc, skład jest mocno zapełniony. Po minięciu Olten pojawia się pierwszy śnieg. Darek w pewnym momencie zagaduje starszą panią, która siedzi naprzeciwko niego. Pyta ją jak się nazywa po niemiecku bałwan (czyli człowiek ze śniegu), którego chwilę wcześniej widział za oknem. Pani odpowiada mu z rozbawieniem bo bałwan po niemiecku to właśnie człowiek ze śniegu (Schneemann). Wywiązuje się z tego między nimi rozmowa na różne tematy, takie jak koszty życia w Szwajcarii czy poziom opieki medycznej. Mimo iż jest środa, to po części podróżnych widać że dzień mają zamiar spędzać aktywnie na świeżym powietrzu. Życzymy starszej pani udanego dnia i w Lucernie przesiadamy się do pociągu podmiejskiego do Escholzmatt. Linia kolejowa prowadząca w tym kierunku niebawem nabiera lokalnego charakteru. W Wolhusen konieczne jest przejście do pierwszego składu, bo ten dalszy którym jechaliśmy do tej pory zostanie odłączony i uda się w innym kierunku.

Pogoda teraz jest już wyśmienita, wszędzie pełno świeżego śniegu, czyste niebo i co najwyżej kilkustopniowy mróz. Ostatni kilometr przed Escholzmatt spędzam z nosem przyklejonym do szyby, bo za chwilę będziemy maszerować w te okolice. Wysiadamy, wrzucamy plecaki na grzbiety i ruszamy. Przechodzimy na skróty przez śnieg po kolana przy torach i wchodzimy na drogę z wyraźnymi nart biegowych. Trzeba się ich trzymać, bo w przeciwnym razie stopy zapadają się co krok o kilkanaście centymetrów, co nas skutecznie spowalnia. Ruszyliśmy forsownie i niebawem czuję jak mi pot ścieka strużką po plecach bo słońce grzeje z góry, plecak ciąży a ja mam na sobie kilka warstw ciepłej odzieży. Po kwadransie jesteśmy przy przejeździe kolejowym. Zaplanowane tutaj pierwsze zdjęcia są nieudane. Źle odczytałem rozkład jazdy i ustawiłem się na pociąg jadący od strony Wolhusen, a nadjechał on z przeciwnego kierunku. Chwilę później nadjeżdża drugi skład i jest okazja do powtórki. Ostatni fotografuję ze zbocza pobliskiego pagórka, plecak w tym czasie czeka na mnie u jego podnóża. Wracamy na stację drogą, którą przyszliśmy. Wlokę się za Darkiem, czując że jestem cały mokry. Następnym razem przed wyjazdem trzeba będzie bardziej popracować nad kondycją…

Okolica wygląda bajkowo a wygląda na to, że będzie jeszcze piękniej, bo prawdziwe góry dopiero przed nami. Darek po raz kolejny w trakcie tej wyprawy ma problem z zakupem biletu. Okazuje się bowiem, że w automacie nie ma możliwości zmiany stacji początkowej i z tego powodu nie będzie w stanie kupić tutaj biletu na pociąg z Langenthal. Na miejscu zaś może nie zdążyć, bo będziemy mieli tam tylko kilka minut. Pociąg z Lucerny, który zjawił się po dłuższej chwili, w otoczeniu dworca oraz kościoła i na tle gór prezentuje się pięknie. Skład w przeciwnym kierunku został zapowiedziany z ośmiominutowym opóźnieniem, co oznacza że możemy mieć problem z przesiadką w Wolhusen. Szczęście nam jednak sprzyja, nadrabiamy po drodze część opóźnienia i udaje nam się zdążyć na pociąg do Langenthal. W Wolhusen doświadczam małego deja vu. Mam nieodparte wrażenie, że już tu byłem i że już widziałem tę samą scenę, która właśnie rozgrywa się na moich oczach. To jednak nie jest objaw problemów psychicznych, lecz urok cyklicznego rozkładu jazdy. Jest on regułą w niemal całej Szwajcarii i pozwala co godzinę ujrzeć niemal identyczne wydarzenia na torach, tylko ludzie są inni i pogoda się zmienia.

W Langenthal podczas przechodzenia z peronu na peron słyszymy za plecami pozdrowienia po polsku. Ależ to miła niespodzianka! Pociąg do Kaltenherberg niejedna osoba nazwałaby tramwajem, co jak najbardziej może być uprawnione. Granica między kolejami wąskotorowymi, a tramwajami w niektórych przypadkach w Szwajcarii jest dosyć umowna. Krótki skład elektryczny przewoźnika ASm (Aare-Seeland Mobil) po kilku minutach odbija od głównej linii kolejowej i zaraz potem z niego wysiadamy.

Rzut kamieniem od przystanku znajduje się wiadukt drogowy nad NBS (Neubaustrecke). To główna linia kolejowa w Szwajcarii, która łączy Berno (stolicę) z Olten i zarazem jedyna (w 2015 roku), na której pociągi mogą rozpędzić się do prędkości 200 km/h. Jak przystało na magistralę, składy kursują niemalże jeden za drugim i w ciągu pół godziny, które mamy zamiar tutaj spędzić, mija nas około 10 pociągów. Z wiaduktu mamy widok zarówno na NBS, jak i na linię łączącą Langenthal z magistralą.

Po problemach z zakupem biletu w Escholzmatt, Darek znów trafia na przeszkodę przy spotkaniu z biletomatem. Tym razem nie chodzi o sprawy organizacyjne, lecz po prostu ktoś wepchnął jakieś śmieci do szczeliny przeznaczonej na kartę płatniczą. Z pomocą przychodzi mu człowiek, który zajmuje się sprzątaniem okolic przystanku. Wkrętakiem wydłubuje z otworu niedopałek papierosa i tym razem mój towarzysz nie będzie musiał podróżować „na gapę”. W Langenthal mamy kilka minut na przesiadkę i dosyć zatłoczonym pociągiem kategorii Interregio jedziemy do stolicy.

W Bernie na głównym dworcu przesiadamy się na wąskotorowy pociąg podmiejski przewoźnika RBS (Regionalverkehr Bern-Solothurn). Odjeżdża on z podziemnej części stacji i po kilku minutach wyłania się na powierzchnię. Jest tłoczno, popołudniowy szczyt przewozowy już trwa. My wysiadamy po 20 minutach w Vechigen, tu mamy zaplanowane kolejne zdjęcia. Z kładki nad przystankiem widok jest dokładnie taki, jakiego oczekiwałem. Oddalone o ponad 50 kilometrów szczyty Alp Berneńskich kryją się za delikatną mgiełką. Słońce nadal grzeje, okolica jest nadal pokryta śniegiem, choć z dachów kapie już coraz więcej wody. Zapach świeżego drewna z pobliskiego tartaku przyjemnie drażni zmysł powonienia. Pomarańczowy skład RBS do Worb idealnie odcina się od bieli zimowego puchu. Darek wypatruje go kilka minut później w oddali, właśnie w Worb. Pół godziny spędzone w Vechigen daje nam wiele radości i niezmiernie zadowoleni wracamy do stolicy , gdzie mamy do zrealizowania ostatni punkt planu fotograficznego na ten dzień.

W Bernie obieramy drogę na punkt z widokiem na estakadę kolejową i most Lorraine. Pół roku wcześniej naszukałem się trochę tego miejsca, ale za to teraz idziemy na gotowe. Na ulicach i chodnikach stolicy nie ma ani grama śniegu, wszędzie jest idealnie wysprzątane. U celu mamy przed sobą dokładnie to, czego oczekiwałem. Worek szczęścia zdaje się nie mieć dna. Na pierwszym planie czterotorowa estakada, po której co chwila przejeżdżają pociągi, a w tle całe pasmo przykrytych śniegiem szczytów, łącznie z Wielką Trójką (Eiger, Moench, Jungfrau). Słońce kończy powoli swoją wędrówkę po nieboskłonie, a jego światło nabiera z każdą chwilą coraz piękniejszego koloru. Niebawem od strony dworca głównego nadjeżdża pociąg towarowy i za jego sprawą stoję jak to się mówi, ze szczęką na ziemi. Tego typu skład widzę po raz pierwszy w tym miejscu. Po serii zdjęć przemieszczamy się kilkadziesiąt metrów w prawo i przez krzaki docieramy do miejsca, skąd rozpościera się idealnie taki widok, jakiego pragnąłem. Los znów sięga do worka ze szczęściem i po krótkim oczekiwaniu mamy przed oczami kolejny pociąg towarowy z lokomotywą serii Re465 (bliźniacza dla Re460), tym razem jadący w przeciwnym kierunku niż poprzedni. Zatrzymuje się on pod semaforem, na granicy estakady i mostu. Chwilę później wjeżdża nań skład Intercity z Re460 na czele. Alpy, piękne miękkie światło złotej godziny i wymarzony duet pociągów w tym miejscu – to wszystko razem daje mi poczucie spełnienia i ogromną dozę radości. Zrealizowałem właśnie jeden z kluczowych punktów wyprawy. Niebawem cały krajobraz pogrąża się w cieniu i zaczyna się robić zimno. Wracamy na dworzec, po drodze robiąc zakupy. Pociąg ICE z Berlina nie jest zbyt mocno zapełniony, zatem mamy możliwość rozsiąść się w nim i spokojnie zjeść obiad, kupiony w Bernie w wersji na wynos. W hostelu w Interlaken dostajemy łóżka w ośmioosobowym pokoju. Nie jest niczym zaskakującym, że naszymi współlokatorami są Azjaci, w tym mieście chyba nie ma takiego miesiąca, że trudno byłoby ich tu spotkać na ulicach czy w miejscach noclegowych.

Please follow and like us: