Kulminacja

Budzik odzywa się o szóstej, zaczynamy ostatni pełny dzień naszego pobytu w Szwajcarii i zarazem ten najważniejszy. To dzisiaj będzie miało miejsce wydarzenie, wokół którego kręci się cały czas wyjazd.

Zbieramy się i pakujemy szybciutko ale po cichu, aby nie obudzić pozostałych osób w pokoju. W kuchni oddajemy klucz i zaparzamy herbatę do termosów. Na sofie w recepcji drzemie kot, zwykły dachowiec ale warty zrobienia mu zdjęcia. Droga na dworzec to teraz przyjemność, nogi same niosą i wręcz trzeba uważać, by nie zostały w tyle. Powoli wstaje dzień, niebo po zachodniej stronie przybiera kolor delikatnego różu, a od szczytów na wschodzie zaczynają się odbijać pierwsze promienie słońca.

Ponownie przedostajemy się na drugą stronę gór tunelem Vereina. Tym razem jednak w Sagliains przesiadamy się na pociąg do Pontresiny. Zmierzając tam możemy z okien zobaczyć miejsce, gdzie wczoraj czekaliśmy na parowóz. Mimo wczesnej pory ludzi w pociągu przybywa, a ja odczuwam coraz większe napięcie w związku z tym, co będzie miało miejsce już niebawem. Wysiadamy w Pontresinie i jest! Maszyna, pod którą został ułożony cały ten wyjazd, stoi gotowa przed lokomotywownią. To ponad stuletni pług odśnieżny z napędem parowym. Żółty wirnik wraz z czerwoną osłoną kontrastuje z ciemnobrązową resztą pojazdu. Na peronie tłoczą się pasjonaci kolei. Zajmujemy miejsca w wagonie pociągu do Ospizio Bernina i przez otwarte okno obserwujemy rozwój wydarzeń. Na koniec naszego składu zostaje dopięta lokomotywa typu krokodyl, która wiekiem niewiele ustępuje pługowi. W pobliżu stoi maszyna typu Gem 4/4, używana do popychania pługu. Ma ona on napęd hybrydowy i w zależności od warunków podczas odśnieżania może być napędzana silnikiem spalinowym lub energią elektryczną pobieraną z sieci trakcyjnej. Obok naszego wagonu stoi zaś druga lokomotywa, której głównym zadaniem jest wspieranie pługu w trakcie pracy. Seria Gmf 4/4 II wyróżnia się kanciastym pudłem w żółtym kolorze i jest to najnowszy nabytek Kolei Retyckich.

Ruszamy. Na niemal każdym łuku ktoś próbuje zrobić przez uchylone okno zdjęcia popychającego nas „krokodyla”. Szybko nabieramy wysokości, przez cały czas nachylenie toru nie spada poniżej 4%, a na ogół wynosi 7%. To jest maksimum, jakie można spotkać na sieci RhB, na której nie korzysta się z dodatkowej szyny zębatej. Jest pochmurno, cały czas sypie drobny śnieg. W Bernina Lagalb wysiada dwójka Azjatów. Wyglądają na jakąś ekipę filmową, bo jeden z nich niesie statyw, a drugi aluminiową walizkę, prawdopodobnie ze sprzętem wideo. Nieco dalej, po wewnętrznej stronie łuku, po kolana w śniegu stoi trójka pasjonatów. Fotografują nasz pociąg i najpewniej czekają na creme de la creme czyli pług parowy. Na najbliższej stacji nasza podróż dobiega końca. Wraz z nami wysiada liczna grupa miłośników, którzy przyjechali tu specjalnie po to, żeby w mało korzystnych warunkach atmosferycznych zobaczyć w akcji wiekową maszynę do odśnieżania torów. Ospizio Bernina to najwyżej położona w Europie stacja kolejowa, do której nie prowadzą tory z dodatkową szyną zębatą (jest to tzw. kolej adhezyjna).

Krokodyl zostaje odłączony od pociągu i przestawia się na boczny tor, gdzie stoi już lokomotywa hybrydowa i nowy pług. Nasz pociąg zaczyna zaś zjazd linią Bernina w kierunku stacji Alp Gruem i dalej do Włoch. Ostatnia stacja RhB znajduje się bowiem już na terenie Italii, to przygraniczne Tirano. Warunki mamy prawdziwie zimowe. Jest około 10 stopni poniżej zera, a ze względu na porywisty wiatr i wciąż sypiący śnieg widoczność chwila spada do kilku metrów. Zaspy śnieżne mają niemal dwa metry wysokości.

Zabytkowy pług dwukrotnie w ciągu zimy bierze udział w pokazowym odśnieżaniu linii kolejowej Bernina. Osoby, które chcą to zobaczyć z bliska na własne oczy, mogą skorzystać z możliwości dojazdu na miejsce pokazu pociągiem specjalnym, za którym podąża pług popychany lokomotywą hybrydową. Taka przyjemność kosztuje jednak 200 CHF (około 800 zł). Miejsce pokazu jest powszechnie znane, bo co roku jest to samo. Planując wyjazd doszedłem do wniosku, że mogę w to miejsce dotrzeć wcześniej zwykłym pociągiem i tak naprawdę nic nie stracę. Koleje Retyckie ujawniły również ramowy rozkład pociągu specjalnego i w ten oto sposób mogłem zweryfikować mój plan.

Mimo dużej przychylności RhB dla pasjonatów kolei, nie udało mi się uzyskać dokładniejszego harmonogramu całej imprezy. Nie wiedząc zatem jak to będzie wyglądać, ruszamy w kierunku z którego ma nadjechać pociąg specjalny. Mijają kolejne minuty. Darek chroni się przed zimnem w malutkiej budce przy rozjazdach, ja zaś dzielnie trwam na posterunku i wypatruję czy coś nie nadjeżdża. Odzież, którą wybrałem na ten wyjazd, spisuje się znakomicie. Kurtka z membraną Gore-Tex nie przepuszcza wiatru, zaś nowe buty zapewniają komfort termiczny dla stóp. Czas oczekiwania wykorzystuję na sprawdzenie jakie mam możliwości fotograficzne. Pole do manewru jest niewielkie, tkwię na skrawku terenu ograniczonym z prawej strony linią kolejową a z lewej skarpą, która kończy się na tafli zamarzniętego jeziora Lago Bianco. Pracownicy Kolei Retyckich na bieżąco usuwają przy pomocy łopat i mioteł śnieg gromadzący się w rozjazdach. Wiat zwiewa puch ze skarpy po prawej stronie, skutkiem czego momentami widoczność spada poniżej 50 metrów. Po kilku minutach wreszcie odzywają się dzwony na peronie. To znak, że niebawem nadjedzie pociąg. Macham do Darka, chcąc mu w ten sposób przekazać ważną informację, ale mój przekaz chyba nie został przez niego właściwie odebrany, bo tylko odmachuje mi z uśmiechem na ustach. Na szczęście po chwili wychodzi ze swojego schronienia. Moment później coś zaczyna wyłaniać się zza łuku. Pierwszy nadjeżdża skład z uczestnikami imprezy, tworzą go dwa wagony motorowe serii ABe 4/4 II i jakiś dziwny pomarańczowy wagon. Za nim w odległości kilkunastu metrów podąża pług, spięty z hybrydową lokomotywą, którą widzieliśmy w Pontresinie. Zostawia on za sobą chmurę czarnego dymu, jak przystało na rasowy parowóz. Choć jego wirnik pracuje, to nie zgarnia on żadnego śniegu. Opady nie są aż tak obfite, by w czasie jaki upływa między kolejnymi pociągami napadało go wystarczająco dużo dla pługa. Składy na linii Bernina kursują co godzinę, podobnie jak na każdej innej linii Kolei Retyckich.

Podczas gdy ja tkwiłem na zewnątrz, Darek jak się okazuje czekał w całkiem komfortowych warunkach. Budka, w której przebywał, ma bowiem ogrzewanie oraz gniazdko elektryczne, z którego nie omieszkał skorzystać aby podładować tablet. Na stacji panuje lekkie zamieszanie, spowodowane wyjątkowo dużą ilością osób. Niemal każdy chce zrobić jak najlepsze zdjęcie zabytkowego pojazdu bądź nagrać filmik z jego udziałem. W takich warunkach nieuniknione jest wchodzenie jeden drugiemu w kadr, lecz nie słychać z tego powodu krzyków protestu, tak częstych na imprezach dla pasjonatów kolei w Polsce. Klapy w bocznych ścianach pługa zostają podniesione i można zobaczyć jak działa mechanizm napędzający wirnik. Dziwny wagon dołączony do pociągu specjalnego to konstrukcja również służąca do zgarniania śniegu. Krokodyl zostaje zamieniony miejscem z lokomotywą hybrydową. Palacz z pługa nic sobie nie robi z pogody. Ubrany jest w strój z epoki pary, z podwiniętymi rękawami białej koszuli. Najwyraźniej żar z pieca go tak rozgrzał, że teraz nie straszny mu mróz i wiatr. Niektóre z osób zgromadzonych na stacji swoim ubiorem również zdają się zaświadczać, że takie warunki to dla nich codzienność. W lekkich sweterkach, bez nakryć na głowach, zdają się drwić z zimy.

Imprezowicze na dany sygnał wracają do pociągu. Opieram plecak o budynek magazynku i wdrapuję się na niemal dwumetrową zaspę obok. Mam z niej całkiem niezły widok na miejsce, gdzie odbywać się będzie pokazowe odśnieżanie. Krokodyl ciągnie teraz za sobą pług, a zaraz za nim ruszają dwa wagony motorowe, które teraz pchają pomarańczową konstrukcję ze skrzydłami. Wszystkie maszyny zatrzymują się przy odległym o kilkaset metrów łuku w prawo. Pasażerowie zostają wysadzeni z wagonów, które kilka chwil później ruszają z powrotem w kierunku Ospizio Bernina. Sprawdzam po raz trzeci ustawienia aparatu i wymierzam go dokładnie w miejsce pokazowego odśnieżania. W skupieniu i poddenerwowaniu czekam na ten najważniejszy moment, na to co stanie się za chwilę, a co będzie kwintesencją całej zimowej wizyty w Szwajcarii. Skrzydła pługa lemieszowego są teraz ustawione w taki sposób, że nie odgarniają śniegu z toru na boki, lecz robią coś dokładnie przeciwnego – nagarniają go z boków na środek toru. Moment później zaczyna się przedstawienie. Rusza pług popychany przez krokodyla i po chwili zaczyna wyrzucać bokiem strumień śniegu. Z komina bucha para, a bufor pamięci w moim aparacie zapełnia się w ekspresowym tempie. Warunki do fotografowania są delikatnie mówiąc ciężkie. Przeglądając zdjęcia na wyświetlaczu nie jestem w stanie stwierdzić, czy co z tego uda się uzyskać w trakcie obróbki na komputerze. Śnieżna zadymka przy tej odległości skutecznie ogranicza widoczność. Co wyszło to wyszło, okazji do powtórki już nie będzie. Warto bowiem dodać, że pokaz ma miejsce w przerwie między rozkładowymi pociągami osobowymi.

Mamy za to możliwość przyjrzeć się po raz drugi pracy mechanizmów pługa. Pociąg specjalny po krótkim postoju odjeżdża do Alp Gruem, gdzie na jego pasażerów będzie czekał obiad. My zaś idziemy do dworcowej poczekalni, aby się ogrzać. Rozpoznajemy wśród znajdujących się tam osób dwójkę Azjatów, których widzieliśmy wcześniej. To nie męska ekipa telewizyjna, lecz małżeństwo z Japonii. Mężczyzna zagadany przez nas informuje, że są z Osaki. Gdy mówimy mu, że jesteśmy z Polski, to z wielkim uśmiechem na twarzy podaje nam rękę mówiąc „Dzin dybry”. Jakby tego było mało, ze swojej aluminiowej walizki po chwili poszukiwań wyciąga… odbitkę zdjęcia z Wolsztyna koło Poznania, gdzie znajduje się jedyna w Europie parowozownia, która wciąż prowadzi regularny ruch pasażerskimi z „kopciuchami”. To spotkanie niesamowicie nas zaskakuje i daje nam dużo pozytywnej energii. Do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze czegoś ciepłego do picia. W pełnej ludzi dworcowej restauracji zamawiamy gorącą zupę i poncz. Tak, dokładnie tego nam było potrzeba.

Pokazowe odśnieżanie nie pozostało jednak bez wpływu na rozkład jazdy na linii Bernina. Późniejszy przyjazd jednego z pociągów osobowych poskutkował wtórnymi opóźnieniami kolejnych składów. Choć dzwony prawidłowo sygnalizowały zbliżanie się pociągów, to wyświetlacz z rozkładem zgłupiał i pociąg imprezowy wypisany na nim jako „Eis und Schnee Sonderfahrt” nie zniknął jeszcze długo po tym, gdy ten skład dotarł już do Alp Gruem.

Wraca on do Ospizio Bernina niedługo po naszym obiedzie. Stacja znów robi się pełna ludzi. Tabor zostaje odstawiony na tor, na którym już od dłuższego czasu czekają pług i krokodyl. Wychodzi z tego już całkiem słusznej długości skład: pomarańczowy lemiesz, dwa wagony motorowe, lokomotywa hybrydowa, krokodyl i pług. W pewnej chwili zauważam coś, co jest dla mnie sytuacją niewyobrażalną, a tym bardziej w Szwajcarii. Jeden z pantografów na krokodylu chyba przymarzł i bez ręcznej pomocy nie będzie możliwe podniesienie go. Maszynista z pługu staje w rozkroku między jego tendrem a przednim pomostem krokodyla i szuflą do odśnieżania popycha w górę felerny odbierak prądu. A gdzie BHP?! Jest to dla mnie tak kuriozalne, że gdyby nie to, że aktualnie nagrywam film, to bym chyba wybuchnął śmiechem. Niebawem nadjeżdża pociąg, którym opuszczamy Ospizio Bernina. Zajmujemy jedyne wolne miejsca na rozkładanych siedzeniach przy drzwiach. Pozostała nam tylko jeszcze jedna atrakcja, przełożona z poprzedniego dnia…

Zjawiamy się w miejscu, gdzie zaczyna się jeden z najciekawszych torów saneczkarskich w Szwajcarii. Kilkukilometrowy odcinek drogi między wioskami Preda i Berguen jest zamykany w sezonie zimowym dla ruchu samochodowego i w tym okresie zamienia się w trasę dla miłośników jazdy na sankach. Różnica wysokości między końcami wynosząca ponad 400 metrów daje niesamowitą frajdę z jazdy. Dodatkową atrakcją są słynne cztery wiadukty Albula, pod którymi przejeżdżają saneczkarze, a po których kursują pociągi. Jednym ze składów można też wrócić do Predy, by ponownie doświadczyć przyjemności ślizgania się w dół. Dzięki dodatkowym kursom uruchamianym w sezonie zimowym, czas oczekiwania na pociąg w Berguen nie przekracza 30 minut. Dla nas to zaś oznacza więcej okazji do zdjęć. Pierwszy i jak na razie ostatni w tej okolicy byłem w tej okolicy w czasie debiutanckiej wizyty w Szwajcarii w 2010 roku. Wówczas jednak teren wyglądał zupełnie inaczej, bo linię Albula odwiedziłem w połowie sierpnia.

Szlak turystyczny z Predy do Berguen jest teraz dostępny tylko na swoim początkowym odcinku, dalej ślady stóp się urywają. Ścieżka oznaczona jako szlak zimowy prowadzi z kolei w nieznanym kierunku, zatem jedyną dostępną dla nas drogą do wiaduktów jest tor saneczkarski. Po upewnieniu się w regulaminie, że dozwolone jest poruszanie się pieszo skrajem trasy zjazdowej, powoli kroczymy ku celowi. Pogoda jest tu nieco lepsza, w oddali przez chmury przebija się błękit nieba a wierzchołki gór są oświetlone zachodzącym już powoli słońcem. Po niespełna dwóch kwadransach mamy już przed oczami wiadukt Albula III. Teraz cała zabawa polega na tym, aby spróbować uchwycić na jednym zdjęciu pociąg w oddali i saneczkarza (albo jeszcze lepiej kilku) na pierwszym planie. Pierwotny pomysł na kadr nadaje się jednak do kosza, ponieważ wszędzie śnieg sięga powyżej kolan, a ruszenie się poza szosę może skończyć się wpadnięciem w przysypaną śniegiem dziurę albo w zaspę po pas. Przychodzi mi do głowy pomysł na szerokie ujęcie nie z wiaduktem w oddali, lecz z kawałkiem toru kolejowego po przeciwnej stronie zajmowanego obecnie przez nas miejsca. Ponieważ pozostało niewiele czasu do przyjazdu pociągu, biorę się z pośpiechem za rozstawianie statywu. Ten jednak kapituluje. Gdy trójnóg wylądował w śniegu razem z plecakiem, do którego był przyczepiony, to do jednego z jego przegubów dostało się nieco śniegu. Podczas rozkładania statywu nieco mocniejsze pociągnięcie za jedną z nóg kończy się wyrwaniem jej z zawiasu. Tymczasem koło nas przejeżdża kolejna grupka saneczkarzy. Jeden z nich to starszy pan, który niemal się zatrzymuje i podniesionym głosem informuje nas, że stanie w tym miejscu jest „verboten” (zabronione) i to jest tor saneczkarski, a nie ścieżka. Najwyraźniej musiał czytać inny regulamin niż my. Zdjęcie z dodatkowym pociągiem zimowym wychodzi niezbyt udane. Zmieniam więc miejsce, zanim nadjedzie kolejny. Po drugiej stronie wiaduktu, którym tor saneczkarski przechodzi nad linią kolejową, widok jest o wiele lepszy. Tym razem szczęście dopisuje i mam na jednym zdjęciu człowiek zjeżdżającego ślizgiem do Berguen i pociąg w oddali na wiadukcie. Naprawiam statyw taśmą i mocuję go do plecaka. Wracamy do Predy. Spadek, który ułatwiał nam marsz jakiś czas temu, teraz podobnie jak w Oberalppass zamienia się w nieco męczące dla nas podejście. Tam jednak byliśmy prawie 1000 metrów wyżej, więc powrót przebiegał zdecydowanie trudniej. Na stacji znajduje się wypożyczalnia sanek oraz sklepik z akcesoriami dla tego rodzaju sportu. Do naszego pociągu pozostało kilkanaście minut. Czekamy na zewnątrz, bo ogrzewanie w poczekalni włączone jest chyba na pełną moc i dla nas jest tam zdecydowanie za ciepło. Obserwujemy przyjazd, a następnie zmianę kierunku jazdy przez skład dla saneczkarzy. Do Bergun kursują one jako pociągi służbowe, niedostępne dla podróżnych. Rozmawiamy o tym wszystkim, co nas dzisiaj spotkało. Z Predy w kierunku Samedan wyjeżdża się wprost do tunelu Albula, który ma długość niemal 6 km i jedynie wspomniany już tunel Vereina jest od niego dłuższy. Obok drążony jest nowe przejście na drugą stronę gór, które będzie dwutorowe, pozwoli na jazdę z większą prędkością oraz zapewni wyższy poziom bezpieczeństwa. Po jego otwarciu stary tunel będzie wykorzystywany tylko jako przejście awaryjne.

W składzie do Chur jest sporo pasażerów, głównie młodzieży. Przez drzwi czołowe ostatniego wagonu oglądamy wijącą się po wiaduktach i w tunelach zwrotnych linię Albula. Darek w międzyczasie filmuje jej przebieg. Na Landwasserviadukt, najsłynniejszą tego typu budowlę w całej Szwajcarii, wjeżdżamy już w niemal całkowitych ciemnościach. Koniec oglądania widoków za oknem, do stacji końcowej pozostała około godzina drogi. Nadchodzi czas na posilenie się i odpoczynek po bardzo udanym dniu. Wyjmuję w końcu z plecaka biografię Tori Amos i zatapiam się w lekturze.

W Chur przesiadamy się do komfortowego pociągu piętrowego typu KISS. To kolejny pojazd z rodziny Flirt, opracowanej przez szwajcarską firmę Stadler. Do Uzwil będziemy jechać około półtorej godziny. Zerkając czasem przez okno, dostrzegam akurat na stacji w St. Margrethen transport drogowy dwupoziomowego wagonu kolejowego. To najprawdopodobniej piętrus dla kolei rosyjskich, a właściwie człon jednego ze składów, które będą obsługiwać podmoskiewskie lotniska Domodediowo i Wnukowo.

Wysiadamy krótko przed 21. Mimo w miarę jeszcze wczesnej pory Uzwil zdaje się już być pogrążone we śnie. Nocleg mamy zarezerwowany w w hoteliku z dancingiem. Na dole rozpoczyna się właśnie ostatnia karnawałowa potańcówka a my, nieco rozczarowani bezskutecznymi negocjacjami w sprawie obniżenia ceny, udajemy się do pokoju na zasłużony odpoczynek po bardzo udanym dniu.

Please follow and like us: