Powrót

Nadszedł dzień, aby wyruszyć w drogę powrotną do domu. Na dworzec idziemy nieco inną drogą niż wczoraj, po co nadkładać drogi? Do Sankt Gallen docieramy piętrowym pociągiem Intercity.

Tam mamy około godziny czasu do dyspozycji, który każdy z nas wykorzystuje na swój sposób. Darek rusza na poszukiwania sklepu odzieżowego ze swetrami wełnianymi. Mnie nogi niosą z kolei do centrum handlowego celem zakupu prowiantu, a po drodze fotografuję kilka trolejbusów przegubowych. Tego typu pojazdy w Polsce jeszcze nie występują, może za jakiś czas to się zmieni w jednym z trzech miast, w których kursują trolejbusy. Choć od mojej wizyty w Sankt Gallen minęło niemal pięć lat, to wciąż pamiętam drogę do supermarketu. To miasto było pierwszym w Szwajcarii, które odwiedziłem w 1999 roku w trakcie podróży na kolonie do Hiszpanii. Pewnie trochę przez sentyment do tamtej wycieczki, w 2010 roku podczas mojej debiutanckiej podróży kolejami po Europie, właśnie w Sankt Gallen zaplanowałem swój pierwszy nocleg w Szwajcarii.

Z Darkiem spotykam się ponownie już w pociągu do Kreuzlingen, krótko przed odjazdem. Krajobraz po drodze jest niemal płaski, a od Romanshorn suniemy wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Następna przesiadka to Konstanz, już po stronie niemieckiej. To stacja graniczna i w związku z tym przesiadka zajmuje nam nieco więcej czasu, ale udaje nam się zdążyć. Odjeżdżamy piętrowym składem, bardzo charakterystycznym dla ruchu regionalnego i podmiejskiego w Niemczech. Pół godziny jazdy i znów zmiana pociągu, w Singen. Powracają akcenty karnawałowe, mijamy sporą grupę przebierańców. Trwająca ponad 2 godziny podróż do Stuttgartu jest już bardziej zróżnicowana krajobrazowo. Kolejne dwa skoki wykonujemy w szybszym tempie, bowiem przesiadamy się do ICE. Tymi flagowymi niemieckimi pociągami dużych prędkości najpierw dojeżdżamy do Mannheim, a następnie do Frankfurtu. Tym samym kolejna godzina w podróży za nami. Dalej zaczyna robić się pod górkę. Zapowiedziano bowiem 10 minut opóźnienia na przyjeździe dla pociągu do Lipska. Daje nam to nieco więcej czasu na zorganizowanie sobie czegoś do jedzenia w ramach obiadu. W miarę upływu czasu i kilometrów pogoda się poprawia i pojawia się nawet nieco słońca pod koniec dnia.

Niestety nie udaje się zmniejszyć opóźnienia i w Lipsku ucieka nam pociąg do Berlina. Nie ma jednak tragedii, bo nie jest to ostatnie tego dnia połączenie do stolicy Niemiec i jedynie nieco nam się wydłuży pobyt na największym dworcu w Niemczech. Czas spędzamy oglądając ekspozycję zabytkowych pojazdów kolejowych, ustawionych na torze przy ostatnim peronie. Stacja w Lipsku, jak wiele głównych w tym kraju, jest typu czołowego. Oznacza to, że tory przy peronach kończą się ślepo i każdy z pociągów, który wjedzie na dworzec, musi potem z niego wyjechać „na wstecznym biegu”. Budki z przekąskami są już powoli zamykane, ale w jednej z nich udaje nam się jeszcze załapać na naleśniki. Darek bezbłędnie rozpoznaje, że sprzedawczyni jest Rosjanką i zagaduje ją w rodzimym języku.

Półtorej godziny później jesteśmy już w Berlinie. Przed nami jeszcze półgodzinny spacer do hostelu. Tam dokonuje się niemalże zamach na moje życie. W toalecie, podczas korzystania z niej zgodnie z przeznaczeniem, spada na mnie osłona lampy zamontowanej nad lustrem. Jestem w tym momencie odwrócony do niego tyłem i w pierwszym momencie nie wiem co się stało. Kończy się na szczęście na strachu i sporej ilości hałasu. Niewiele jednak brakowało, bym oberwał kloszem w głowę.

Bylejakość

Ostatni dzień, ostatnie dwa etapy podróży. S-Bahnem (koleją miejską) docieramy na dworzec Berlin Gesundbrunnen. W pobliskim sklepie sieci Kaufland robię zakupy, jak niemal zawsze przy okazji wizyty w Niemczech. Darek próbuje nabyć bilet w automacie ale okazuje się, że nie akceptuje on kart VISA, co wymusza skorzystanie najpierw z bankomatu. Zaopatrzeni w napoje i kanapki na drogę, wsiadamy do przyspieszonego pociągu do Szczecina. Stamtąd będziemy kontynuować podróż osobówką do Słupska. W założeniu dzięki temu miało być szybciej (bo pociąg pospieszny odjeżdża ponad godzinę później), taniej i wygodniej. Wedle rozkładu ten kurs miał być obsługiwany nowy pociągiem typu „Impuls” lub przynajmniej zmodernizowanym typu EN57. Oczywiście polskie koleje sprowadzają nas brutalnie na ziemię i czeka nas 3,5 godzinna podróż starym pociągiem typu ED72. To już niemal tradycja, że gdy wracam z wojaży kolejowych po Europie, to zaraz po powrocie do kraju kolejarze bardzo dosadnie dają mi znać, że jestem znów na włościach PKP. Na dodatek w tym samym przedziale co my miejsce zajmuje starsza kobieta z około dziesięcioletnim chłopakiem. Dzieciak chyba doświadczył tzw. bezstresowego wychowania, bo odzywki do babci ma takie, że po prostu ręce opadają i lata po pociągu rozpaczliwie szukając gniazdka do naładowania tableta. Chyba gorzej nie mogliśmy trafić…

Od Słupska jedziemy już trójmiejską SKMką. Jest spokojniej, ale komfort jazdy nie poprawił się ani odrobinę, bo nie udało nam się trafić na jakiś zmodernizowany skład. Finalne półtorej godziny wspólnej podróży mija nam na wspomnieniach z ostatnich dni i podsumowaniach. Niespełna tydzień spędzony razem okazał się bardzo owocny. Mieliśmy ogromną ilość szczęścia, tak pod względem pogody, jak i tego co nam „wjeżdżało” w obiektywy aparatów. Udało nam się zrealizować plan niemal w stu procentach. Wjeżdżamy do Wejherowa, żegnam się z Darkiem na Nanicach opuszczam SKMkę.

Please follow and like us: