5. września

Oryginalny plan na ten dzień przewidywał wędrówkę do miejsca oznaczonego na mapie jako Mysubytta i stamtąd pójście na zachód w kierunku schroniska Slæom. Trasa jednak ulegnie zmianie, bo pchanie się na wysokość prawie 1800 metrów w teren przysypany śniegiem, z przeciążonym kolanem i tylko z jednym kijkiem trekkingowym byłoby co najmniej nierozsądne. Sprzątając schronisko zastanawiam się, czy czasem nie będę ostatnią osobą w nim przed nadejściem prawdziwej zimy, bo ostatni wpis w dzienniku pochodzi sprzed 5 dni. W sumie zaś przede mną było tu od początku roku trochę ponad 200 osób.

Zejście do doliny po wschodniej stronie schroniska napawa mnie strachem. Boję się poślizgnięcia na śniegu i bólu kolana. Trasa okazuje się jednak być mało przysypana, a kolano po zaaplikowaniu rano Ketonalu nie dokucza zbyt mocno. Całkiem sprawnie pokonuję zejście i po nieco ponad godzinie jestem już na początku bezimiennej doliny, w której swój bieg zaczyna rzeka Sprangdøla. Ma ona swoje źródła właśnie tutaj, stały dopływ wody zapewnia jej lodowiec Greinbreen.

Droga do Mysubytta to wiele strumieni i podmokłych miejsc do pokonania. Chwilami muszę dobrze się nagłówkować, jak przejść dalej i nie wpaść przy okazji po kolana w błoto albo do wody. Szczególnie trudno jest na skraju jeziora Surtbyttvatnet, do którego spływa wiele strumieni. Szlak za tym miejscem skręca w prawo a mnie w tym miejscu zastanawia brak widocznej ścieżki w kierunku zachodnim, do schroniska Slæom. Nieco powyżej, na zboczu, powinna też być widoczna droga gruntowa, ale jak na razie nie jestem w stanie jej dostrzec. Będąc święcie przekonanym co do swojej lokalizacji w terenie, ruszam wzdłuż jeziora, na wschód. Nadal jest mokro i błotniście, co skutecznie spowalnia marsz.

Zresztą nawet gdyby było sucho i przyjemnie to i tak bym się nie rozpędził, bo nie mogę sobie odmówić przyjemności obżerania się jagodami rosnącymi tuż przy szlaku, których jest tu po prostu mnóstwo! Przedzieranie się przez zarośla i podmokłe tereny jest dosyć męczące i co jakiś czas zerkam na zbocze w poszukiwaniu drogi.

Nadal jej nie dostrzegam, a na wspinanie się przez krzaki nie mam jednak ochoty. Przy ścieżce w pewnym momencie zauważam kijki trekkingowe, najwyraźniej porzucone przez kogoś. Niestety ten ktoś miał równie pechową przygodę jak ja na początku wędrówki i to, co wyglądało w pierwszej chwili na dobry kijek lub dwa, okazuje się być jednym kijkiem ale również złamanym. Przy brzegu jeziora w kilku miejscach zacumowane są łódki. W bardziej już suchym terenie odnajduję dogodne miejsce na postój. Wczesne popołudnie to idealna pora na obiad. 

Po niespełna 3 godzinach marszu zaczynam oddalać się od jeziora. Zmienia się roślinność, jest dużo więcej drzew i są one znacznie większe. Krótko potem w oddali pojawiają się pierwsze zabudowania. Biorę je za schronisko Sota Sæter, do którego zmierzam. Tak bowiem wychodzi mi z mapy, że skoro minąłem jezioro, to powinienem być już blisko celu. Jakież jest moje zdziwienie, gdy okazuje się, że dotarłem dopiero do… Mysubytta.

Sprawdzam jeszcze raz mapę i jak się okazuje, kilka godzin temu popełniłem gruby błąd nawigacyjny, myląc dwa jeziora. Surtbyttvatnet, wzdłuż którego szedłem, wziąłem za Røykeskålvatnet, do którego mam jeszcze kawałek. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Odnalazła się za to wspomniana droga dla samochodów oraz szlak do schroniska Slæom. Osadę Mysubytta tworzy kilkanaście drewnianych domów, Jeden z nich, wykonany z drewna zaimpregnowanego na niemal czarny kolor, przyciąga wzrok pięknymi zdobieniami na ganku. Kolumny podpierające dach i belki będące jego zwieńczeniem są misternie wyrzeźbione w motywy roślinne.

Szutrową drogą ruszam do celu. Na ostatnim jej fragmencie wytyczona jest ścieżka przyrodniczo-edukacyjna. Kilkaset metrów przed schroniskiem do drogi dołącza szlak, który biegł nieco poniżej, wzdłuż wspomnianego jeziora Røykeskålvatnet. Tuż przy samym schronisku znajduje się węzeł szlaków. To tutaj zaczyna się Massiv. Średniodystansowa trasa prowadzi przez 4 pasma górskie i mierzy około 350 km. Była ona jednym z pomysłów na tegoroczny urlop, ale z braku wystarczającej ilości urlopu musiałem to odłożyć na kiedy indziej. 

Sota Sæter przypomina bardziej gospodarstwo agroturystyczne niż schronisko górskie. Budynki z impregnowanego olejem drewna i z dachami pokrytymi roślinnością otaczają trawiasty plac z głazem upamiętniającym założyciela tego miejsca. Gości jest zaledwie kilku. Mnie zaś, z racja wybrania najtańszej opcji noclegu czyli sali wieloosobowej, przypada pobyt na piętrze szopy. Znajduje się tam jedno pomieszczenie z dwoma rzędami łóżek. Na parterze budynku coś jednostajnie hałasuje w pomieszczeniu gospodarczym.

Urządzono tam suszarnię dla sprzętu wodnego. Schronisko najwyraźniej organizuje spływy kajakowe na pobliskich rzekach. W ramach noclegu na ten dzień wykupiłem też obiadokolację, licząc na solidny posiłek w formie szwedzkiego stołu. Dosyć mocno jednak się rozczarowuję. Wszyscy aktualnie przebywający w schronisku goście zostają usadzeni przy jednym stole (jest nas całe pięć osób), a posiłki przynosi kelner. Dania są smaczne, choć czuję niedosyt z powodu wielkości porcji. W trakcie posiłku wdaję się rozmowę z siedzącym naprzeciwko starszym panem i jego żoną. Przyjechali oni tutaj kamperem, zaparkowanym obok szopy. Rozmawiamy o moich dotychczasowych przygodach, o pokonanej przeze mnie trasie. Dowiaduję się że ten region Norwegii wciąż jest niezbyt popularny i stąd wynika mała liczba turystów, których spotkałem przez ostatni tydzień. 

Z racji zmiany trasy wędrówki jestem do przodu względem planu i cały następny dzień przeznaczony będzie na odpoczynek. Mam też sposobność do przeprania części ubrań, co czynię mając je na sobie pod prysznicem. Nie ma bowiem pralki, a taki sposób wydaje mi się chyba nawet lepszy niż w umywalce. Bielizna trafia następnie do suszarni. Niewielkie pomieszczenie pozwala na wysuszenie ubrań oraz butów, przemoczonych po całodziennej wędrówce przez wodę i błoto. Wieczór upływa na buszowaniu po internecie oraz lekturze książki na tablecie.

6. września

Dzień pauzy leniwie mija na lekturze książki. Kolano zdaje się powoli regenerować. Ponieważ w schronisku zabronione jest przyrządzanie własnych posiłków, to śniadanie spożywam na jego tyłach, na skraju terenu gdzie zaparkowane są kampery. Na obiad udaję się zaś nieco dalej, szczególnie że pogoda zachęca do spaceru. Nieopodal nad rzeką jest miejsce piknikowe z drewnianymi stołami i ławami, które mijałem dzień wcześniej. To idealny punkt na posiłek w pięknym otoczeniu.

Podczas powrotu zbieram jagody, po dziesięciu minutach kubek się zapełnia i zadowolony kroczę do schroniska. Oczami wyobraźni widzę już lody z jagodami, ale niestety w zamrażarce na recepcji są dostępne tylko takie na patyku lub w formie rożka. Pyszny deser umila dalszą lekturę książki. Pokój dzienny, znajdujący się w głównym budynku, to rewelacyjne miejsce na spędzanie czasu w taki sposób. Wieczorem zaczynam porządkowanie zawartości plecaka. Jest w nim już całkiem sporo wolnego miejsca i zrobił się wyraźnie lżejszy.

Please follow and like us: