Dzień piąty

Rano w jadalni schroniska nie jest już na szczęście tak gorąco. Zjadam śniadanie, pakuję się, dokonuję formalności związanych z wymeldowaniem i ruszam w drogę.

Początkowo szukam którędy poprowadzono szlak przez teren farmy, ale niebawem trafiam na oznaczenia i rozpoczynam wspinaczkę. Już na „dzień dobry” czeka mnie podejście 400 metrów na dystansie około 2 km. Chwilami jest mocno stromo, ale nie ma dramatu – tempo mam całkiem niezłe. Trud wspinaczki jest dodatkowo wynagradzany coraz lepszym widokiem na dolinę, którą wędrowałem poprzedniego dnia.

Po trochę ponad godzinie jestem na szczycie, przy rozwidleniu szlaków. W prawo prowadzi droga do Raubergshytta i Vangshaugen, prosto zaś „mój” szlak do Aurosjøhytta. Mam przed sobą spory teren, delikatnie pofalowany, pośród niezbyt wysokich wzniesień. Na ich zboczach zalega sporo śniegu. Gdzieś w oddali dostrzegam nieliczne grupki pasących się owiec. Pośród skał dostrzec można mnóstwo kwiatków w kolorze wrzosowym. Wraz z upływem czasu wypogadza się i przed południem jest całkiem słonecznie. Zarządzam zatem postój. Zjadając batona, przyglądam się górom po drugiej stronie doliny, których szczyty są schowane w czapce z chmur.

Przerwa w marszu nie trwa za długo, bo przede mną jeszcze sporo kilometrów. Wokół pustki jak okiem sięgnąć. Ścieżka delikatnie faluje, czasem przecina jakiś strumień. W pewnym momencie spotykam osobę idącą z naprzeciwka, pierwszą tego dnia. Na niebie znów pojawiają się dosyć licznie chmury. Słońce jednak prześwituje przez nie w nieco bardziej odległych miejscach, tworząc fantastyczną grę świateł i cieni. Zejście ze zbocza szczytu Raudhøa kończy się maleńką dolinką. Nim rozpocznę wejście na jej przeciwne zbocze, czeka mnie przeprawa przez rzekę. Na pierwszy rzut oka nie wygląda ona zachęcająco, woda sięga co najmniej do kolan, nurt jest wartki, a brzegi dzieli ponad 10 metrów.

Co ciekawe, oznaczenia szlaku są na kamieniach tuż przy samej wodzie, podczas gdy zazwyczaj znajdują się nieco dalej. To może sugerować dokładne miejsce pokonywania rzeki. Czuję strach przed wejściem do jej toni. Sprawdzam czy poniżej lub powyżej tego punktu nie ma lepszego miejsca do przejścia na drugą stronę ale nie. Próbuję podejść racjonalnie do tematu – przecież dzień wcześniej rozmawiałem z osobą która szła tędy, a dodatkowo około pół godziny minąłem się z facetem, który musiał przejść przez tę rzekę. Sonduję jeszcze raz kijkami głębokość wody, zawiązuję mocniej buty, naciągam nogawki na nie i ściągam ich końce wbudowanymi ściągaczami, rozpinam pas biodrowy i wchodzę do wody. Woda faktycznie sięga do kolan, ale tylko na samym początku. Potem jest już wyraźnie płycej, dzięki czemu nurt mniej napiera na łydki. Szybko docieram na drugi brzeg i stwierdzam, że nie było tak strasznie! Po wylaniu wody z butów i wykręceniu skarpetek zadowolony z siebie ruszam dalej. Niestety niebawem zaczyna padać, szczęśliwie deszcz dosyć szybko się kończy. Akurat jestem gdzieś w okolicy kolejnego skrzyżowania szlaków. Znów wychodzi słońce, zatem czas na konkretniejszy posiłek.

Widok na okolicę mam bajeczny, bo rozświetlony żółto-zielony pierwszy plan jest uzupełniany o ośnieżone szczyt w oddali i dramatycznie wyglądające chmury na niebie. Wraz ze zmniejszaniem wysokości zaczyna przybywać roślin. Szlak plącze się pośród krzewów. Między nimi dostrzegam też malinę moroszkę, niestety znów jestem za wcześnie, jej owoce są wciąż niedojrzałe. Przecinam dwie linie wysokiego napięcia i po chwili wchodzę na utwardzoną drogę.

Od południowej strony zaczyna nadciągać burza. Szosa prowadzi trochę naokoło względem szlaku, ale marsz nią z pewnością będzie dużo szybszy, co w tej sytuacji jest niezwykle istotne. Co jakiś czas mijają mnie pojedyncze samochody, pojawiają się też pierwsze domy oraz zapora zamykająca jezioro Aurosjøen. Zaczyna padać. Do schroniska docieram na szczęście jeszcze niezbyt przemoczony. Decyduję się na najtańszy wariant noclegu, jakim jest miejsce do spania w pokoju wieloosobowym (a dokładniej trzyosobowym), co i tak wychodzi sporo drożej niż planowałem. Nie ma szans aby przygotować tutaj posiłek, pozostaje spakowanie kuchenki i udanie się na brzeg jeziora. Tam między budynkami gospodarczymi znajduję sensowne miejsce na zagotowanie wody i zjedzenie kolacji. Prognozy pogody jasno wskazują, że raczej czeka mnie przymusowa pauza, i tak jestem do przodu jeden dzień względem planu.

Dzień siódmy

Pogoda zapowiada się całkiem dobrze, chociaż poranek jest jeszcze lekko pochmurny. Kolejne śniadanie na brzegu jeziora, pakuję się i opuszczam schronisko. W trakcie marszu drogą na zaporze w pewnym momencie z przestrzeni między plecami a plecakiem wypada arkusz folii bąbelkowej, który uzupełnia matę samopompującą w trakcie snu. Spostrzegam to po kilku minutach, zatem już na samym początku wędrówki muszę zawrócić. Za zaporą szlak i droga skręcają w prawo i prowadzą mnie cały czas na zachód, wzdłuż zbocza doliny Bukkeskreden. Ścieżka poprowadzona jest nieco powyżej szosy, po skalistym terenie. Drogą od czasu do czasu przejeżdża jakiś samochód. Na niebie pojawia się coraz więcej błękitu. Spoglądając za siebie, widzę jak zapora staje się coraz mniejsza, a za to pierwszy plan robi się coraz bardziej wyraźny. Rzeka Aura płynie tutaj dnem głębokiego kanionu.

Przede mną zaś otwiera się widok na dolinę Eikesdalen i jezioro Eikesdalsvetnet na jego końcu. Wielokrotnie zatrzymuję się aby poczekać aż słońce rozświetli te elementy krajobrazu, które chcę akurat sfotografować. Droga jest lekko pofalowana, więc idąc nią czasami na chwilę tracę z oczu widok na dolinę, ale po kilku minutach powraca on w jeszcze lepszym wydaniu.

Szlak najpierw przechodzi na prawą stronę szosy, aby po pewnym czasie wrócić na jej lewą stronę. W pewnym momencie decyduję się na odbicie nieco na północ, ale nie w dół zbocza, lecz na coś w rodzaju punktu widokowego na skraju urwiska.

Miejsce jest dosyć popularne, na jego koniec prowadzi wyraźnie widoczna ścieżka. Rozpościera się stamtąd wspaniała perspektywa na dolinę. Do jej dna jest kilkaset metrów, więc osoby z lękiem wysokości w tym miejscu, niezabezpieczonym barierkami, mogą czuć się niezbyt pewnie. Spędzam tu kilkadziesiąt minut, obserwując przesuwające się po niebie chmury, wyczekując aż wyłoni się z nich wierzchołek góry po lewej stronie doliny i robiąc kolejne dziesiątki zdjęć.

Droga zaczyna się obniżać i odbijać nieco bardziej na południe, aby w końcu mostkiem przejść na drugą stronę żlebu i płynącego jego dnem potoku. W międzyczasie znów gubię arkusz folii bąbelkowej i znów czeka mnie cofanie o kilkaset metrów. Gdy znów trafiam na skrzyżowanie drogi i szlaku, to decyduję się na dalszą wędrówkę właśnie nim. Początkowo nie jest to łatwe, bo jest on poprowadzony wśród zarośli i brakuje oznaczeń. Problematyczny odcinek jest na szczęście bardzo krótki i po kilkuset metrach jestem z powrotem na drodze, lecz nie tej samej. Tamta prowadzi aż na sam dół doliny. Niebawem za sprawą kolejnego fantastycznego widoku znów zatrzymuję się na zdjęcia. Z pejzażu znikło jezioro część dna doliny, ale za to pojawił się całkiem ciekawy pierwszy plan.

Kilkadziesiąt zdjęć później ruszam a dalszą drogę. Po nieco ponad 2 kilometrach droga zaczyna skręcać w lewo, ku dolinie Gravdalen. Na jej początku zatrzymuję się aby coś przekąsić. Do zaparkowanego busa po kilku minutach wraca dziewczyna która była tutaj na spacer z psem. Po przebraniu się odjeżdża. Mnie zaś nogi prowadzą dalej. Niemal na samym końcu doliny, tuż przy południowym skraju jeziora Gravdalsvatnet, powinna się znajdować samoobsługowa chatka Westbua. Co ciekawe, nie jest ona zaznaczona na oficjalnych mapach DNT – owszem, znajduje się tam jej nazwa, ale brak symbolu szałasu czy schroniska bez obsługi. Dowiedziałem się o niej dzień wcześniej, zapoznając się z informacjami na tablicy przy Aurosjøhytta. Ścieżka wzdłuż jeziora jest trawiasto-błotnista i ma lekko pofalowany przebieg. Czasem prowadzi samiutkim brzegiem akwenu, a czasem kilka metrów powyżej. Nad przesmykiem łączącym jeziora Litlevatnet i Gravdalsvatnet znajduje się mostek, pozwalający dostać się do prywatnej hytty, stojącej nieopodal. W miarę zbliżania się do celu próbuję wypatrzeć Westbua, ale dostrzegam ten budynek dopiero z bardzo bliska.

Kamienny domek z płaskim drewnianym dachem dosyć dobrze maskuje się w otoczeniu. Drzwi prowadzące do środa są śmiesznie małe – nie mieszczę się w nich ani na wysokość, ani na szerokość. Wnętrze jest dosyć zagracone, ale podwójna prycza w kształcie litery „L”, wyłożona grubym styropianem, zachęca do noclegu tutaj. Piec typu koza jest cały zardzewiały, zresztą w okolicy ciężko byłoby o wystarczającą ilość opału.

Miejsce wygląda trochę jak wielka graciarnia. Jest stare krzesło, wędka bez żyłki, niedziałająca lampka na baterie, mapa okolicy, składany leżak, trochę gwoździ, jakieś podstawowe narzędzia, garnki, zestaw piknikowy w wiklinowym koszu a także niewielkie zapasy żywności, w tym wojskowa racja żywnościowa z Polski! Czas mija na przeglądzie tego wszystkiego, małych porządkach, przyrządzaniu kolacji oraz na locie dronem nad okolicą. Planowałem nocować w tej okolicy pod namiotem, ale skoro mam możliwość spania na całkiem wygodnej pryczy, to dlaczego miałbym nie skorzystać z takiej opcji? Gotując wodę na kolację dostrzegam, że chyba zaczyna się kończyć gaz. Głupio by było gdyby to nastąpiło nim dotrę do Andalsnes.

W ramach jego oszczędzania butelka z wodą na śniadanie ląduje w śpiworze. Ogrzeję ją przez noc ciepłem własnego ciała i dzięki temu zużyję nieco mniej gazu na jej podgrzanie rano.

Please follow and like us:
fb-share-icon