7. września

Po śniadaniu opuszczam schronisko i kieruję się drogą na północ. Kolano niestety wciąż daje się we znaki, ale jest już o wiele lepiej niż kilka dni temu. Przede mną około 35 km do Bismo. Niespiesznie kroczę szutrową drogą, wzdłuż jeziora Liavatnet. Tu i ówdzie po obu stronach szosy znajdują się domki letniskowe, tzw. hytty.

Część z nich jak głosi tablica informacyjna jest na sprzedaż. Ciekawe ile kosztują… Po 1,5 godzinie marszu udaje mi się złapać stopa. Zabiera mnie młody kierowca, jadący służbowym pickupem. Wrzucam plecak na pakę i jedziemy do miejsca z którego zacząłem swoją wędrówkę. W trakcie rozmowy jaka wywiązuje się między nami dowiaduję się, że poprzedniej jesieni tę okolicę nawiedziła powódź.

Zmyła ona wiele mostów, w tym ten, który zapewnia jedyny dojazd do schroniska Sota Sæter. Zniszczeniu uległ także most, którego na próżno szukałem drugiego dnia swojej wędrówki, w drodze do Trulsbu. W Bismo proszę o podwiezienie na miejscowy kemping. Mógłbym co prawda zjechać do Oslo jeszcze tego samego dnia, ale po pierwsze mam już wykupiony bilet autobusowy na następny dzień, a po drugie musiałbym zarezerwować nocleg na dodatkową noc w stolicy. Zostaję więc tutaj. Na kempingu nie udaje mi się znaleźć nikogo z obsługi. Ruszam zatem w kierunku centrum i zaglądam do obiektu turystycznego, który jest połączeniem małego hotelu z polem kempingowym. Do dyspozycji są również drewniane domki, ja jednak decyduję się na swój namiot. I tak nie jest tanio, bo za zajęcie 2 metrów kwadratowych terenu płacę tak, jakbym przyjechał tutaj kamperem.

Mam za to do dyspozycji łazienkę oraz kuchnię, znajdujące się w piwnicy hotelu. Przed rozstawieniem namiotu czas na zakupy. Trafiam do tego samego supermarketu, w którym 9 dni wcześniej zaopatrywałem się w ostatnie rzeczy tuż przed wyruszeniem na szlak. Do koszyka trafia w sumie niewiele produktów spożywczych a i tak rachunek opiewa na około 100 zł. Banan, jabłko, mini pizza, karton soku pomarańczowego, jogurt, słoik dżemu, puszka z gotowym daniem typu spaghetti z sosem i parówkami, piwo, mała butelka coli, paczka żelków – witamy z powrotem w świecie norweskich cen…

Popołudnie mija na lekturze książki i pochłanianiu zakupionych łakoci. Dzień jest pogodny. Wieczorem dobiegają do mnie hałasy z placu przy centrum handlowym, odbywa się tam jakiś festyn. Słychać muzykę, przerywaną co jakiś czas trąbieniem klaksonu w ciężarówkach. O spaniu nie ma mowy, na szczęście hałas cichnie przed północą. Wyglądając w pewnym momencie z namiotu widzę nad sobą czyste, rozgwieżdżone niebo.

8. września

Gdy wczesnym rankiem wychylam nosa z mojego schronienia to okazuje się, że trawa wokół jest biała. Wygląda na to że był przymrozek! Nie wiem jak bardzo spadła temperatura, ale mój zestaw do spania dał radę. Pamiętam że w nocy jedynie ubrałem skarpetki więc wewnątrz śpiwora nie było zbyt chłodno. Spacer w klapkach po mokrej trawie do toalety działa bardzo ożywczo. Zostawiam namiot aby poranne słońce roztopiło szron jaki się na nim osadził, a sam udaję się na śniadanie do kuchni.

Mam jeszcze niemal pół dnia, autobus odjeżdża przed 14. Czas mija na dalszej lekturze książki. Początkowo rześki, w późniejszej porze dzień robi się całkiem ciepły i bardzo słoneczny. Na przystanku oprócz mnie czeka jeszcze kilka osób. Kierowcy autobusu coś nie pasuje w moim bilecie, który pokazuję mu w telefonie.

Okazuje się, że oczekiwał na mnie w Grotli, skąd mam wykupiony przejazd. Coś tam marudzi pod nosem ale wpuszcza mnie do środka. Sporo miejsc jest już zajętych, nie ma szans na dwa puste obok siebie. W drodze do Oslo zatrzymujemy się na dłuższy postój na tej samej stacji benzynowej co podczas podróży w przeciwnym kierunku.

Do stolicy przyjeżdżamy punktualnie. Ruszam do hostelu Anker, w którym nocowałem już trzykrotnie. Po zameldowaniu dopytuję się o przesyłkę dla mnie. Wysłałem bowiem z Polski do Oslo prowiant na drugą część wyprawy. Paczki jednak nie ma, co omal nie przyprawia mnie o zawał. Dziewczyna na recepcji stara się pomóc mi jak tylko jest w stanie. Wspólnymi siłami przy pomocy systemów śledzenia przesyłek ustalamy, że paczka mimo prawidłowego zaadresowania na hostel nie wiedzieć czemu trafiła ona do pobliskiego punktu odbioru przesyłek. Punkt znajduje się w supermarkecie, a ten oczywiście jest aktualnie nieczynny. Na szczęście będę mógł się tam udać z samego rana, na spokojnie przed wymeldowaniem z hostelu. Druga zła wiadomość jest taka że nie ma możliwości skorzystania z pralki, z powodu jej awarii. Pozostaje zatem przepranie przynajmniej bielizny w umywalce. Rzeczy z niej trafiają na wieszaki do ubrań a te – na barierkę za oknem. Wieczorem udaję się na małe zakupy do pobliskiego sklepu sieci Bunnpris – taki norweski odpowiednik naszej „Żabki”. Tam jest szansa kupić przepyszny ser Ridder dla Marcina oraz coś na śniadanie. Szybka kolacja, prysznic i czas do spania. Już jutro spotkam się z Marcinem i wyruszymy w drogę na daleką północ.

Please follow and like us: