Nieszczęścia chodzą parami

Otwieram oczy i czuję, że piecze mnie skóra na twarzy. Posmarowałem się wczoraj kremem z filtrem UV , ale pominąłem te miejsca, gdzie normalnie światło słoneczne nie dociera bezpośrednio. Promieniowanie silnie odbite od śniegu zrobiło swoje i teraz będę musiał ponieść tego konsekwencje.

Jakby tego było mało po wizycie w suszarni okazuje się, że przytrafiło mi się kolejne nieszczęście. Odwieszając tam kurtkę poprzedniego dnia zapomniałem o kawałku masła, który miał być dodatkiem podnoszącym kaloryczność posiłków. Był on schowany w wewnętrznej kieszeni, by w trakcie dnia spędzonego na dworze nie stwardniał na kamień. Wysoka temperatura panująca w suszarni zrobiła swoje i teraz mam paskudną plamę na kurtce. Na szczęście tłuszcz był dodatkowo zawinięty w folię i jego większość pozostała w opakowaniu.

Po doczyszczeniu kurtki na tyle na ile to było możliwe, przekąszam coś na śniadanie i po załatwieniu formalności opuszczam schronisko. Przedpołudniowy pociąg z Bergen nie zatrzymuje się w Haugastoel. Chcąc zatem tam dotrzeć muszę podjechać do Ustaoset i cofnąć się około 12 kilometrów. Planuję to zrobić autostopem, ale dopuszczam też pokonanie tego dystansu piechotą.

Autostopowicz z wyboru

Na miejscu okazuje się, że jest jeszcze trzecia opcja. Na pobliskim przystanku widnieje informacja, że autobus w kierunku pożądanym przeze mnie powinien się pojawić za trochę ponad godzinę. To byłaby dobra alternatywa dla marszu, bo droga jest wąska i pozbawiona poboczy. Mimo niewielkiego ruchu może się zdarzyć, że dwa większe pojazdy będą się na niej mijać akurat gdzieś koło mnie, czego wolałbym uniknąć. Odchodzę jakieś sto metrów od przystanku i zaczynam „łapać okazję”. Pierwszych kilka osobówek się nie zatrzymuje, ale niebawem kombi włącza migacz i już po chwili jadę z norweskim małżeństwem. Po niecałym kwadransie dziękuję im i wysiadam koło hotelu w Haugastoel. Podążam dalej drogą nr 7 do miejsca, gdzie zaczyna się letni szlak prowadzący w kierunku schroniska Kraekkja. Po niespełna roku dosyć dobrze pamiętam te okolice, ale nawigowanie w terenie pokrytym śniegiem jest trudniejsze. Oznaczenia szlaku, tutaj czasem mające postać czerwonego pasa wymalowanego na pniach drzew, w pewnym momencie się kończą i muszę zdać się na swoje umiejętności. Brak rakiet dodatkowo utrudnia poruszanie się i co pewien czas zapadam się w śniegu po kolana, a czasem nawet i bardziej. W końcu po kilkudziesięciu minutach osiągam miejsce z widokiem na jezioro Nygardsvatnet i biegnącą jego brzegiem linię kolejową z Bergen do Oslo. Grupa skałek daje ochronę przed wiatrem, jest na czym usiąść i gdzie odłożyć plecak. Niebawem nadjeżdża pociąg z Oslo. Obserwuję, jak coraz bardziej on się ode mnie oddala i w których punktach krajobrazu pojawia się w kolejnych momentach. Rezultat jest więcej niż obiecujący. Składy poruszające się w przeciwną stronę będą mogły być fotografowane w kilku miejscach.

Pierwszy z nich pojawia się po kwadransie. Lokomotywa przewoźnika CargoNet ciągnie kilka wagonów do przewozu samochodów oraz platformy z kontenerami. Pogoda zaczyna powoli się poprawiać, na szczytach w tle przebija się słońce. Następny pociąg spodziewany jest dopiero za prawie dwie godziny, mam zatem czas na spokojne przygotowanie posiłku. W międzyczasie niemal całe niebo wyłania się zza chmur i robi się bardzo przyjemnie.

Kolejny pociąg towarowy CargoNet już tylko na samej końcówce przed Haugastoel trafia w cień. Różnobarwne kontenery są bardzo dobrze widoczne na tle śniegu. Krótko po nim fotografuję pociąg dalekobieżny z Bergen do Oslo. Srebrna lokomotywa serii El18 oraz czerwone wagony lśnią w słońcu. Śledzę je w krajobrazie przez ponad 5 minut. Linia Bergensbana w tym rejonie jest dosyć kręta, a w pobliżu miejsca oznaczonego na mapie jako Vikastoelen tor zawija łukiem o ponad 90 stopni. Po drodze są też dwa tunele, co bardzo urozmaica widoki. Po tym pociągu pakuję swój dobytek i ruszam w drogę powrotną do Haugastoel.

Popołudniowy skład z Oslo ma tam postój, co pozwoli mi dotrzeć nim do Hallingskeid na nocleg. Na dworcu zagaduje mnie para Norwegów. Poinformowani o celu mojego pobytu w tej okolicy, są nieco zdziwieni że nie mam nart. Ich zdaniem bardzo by one ułatwiły poruszanie się w śniegu. Kupuję bilet w pociągu i w międzyczasie po raz kolejny oglądam przez szybę znajome mi krajobrazy. Szlakiem Rallarvegen między Haugastoel a Finse wędrowałem w 2016 roku i widoki za oknem przywołują wspomnienia z tamtego czasu.

Wiosenny spacer

Wysiadam w Hallingskeid, gdzie stacja kolejowa znajduje się wewnątrz galerii przeciwlawinowej. Z pojedynczego peronu wychodzi się do malutkiej poczekalni, a z niej na zewnątrz. Schronisko zlokalizowane jest tuż obok, co w obecnych warunkach oznacza jakieś 5 minut drogi. Obiekt ma status samoobsługowego i faktycznie tym razem nikt go nie nadzoruje. Nie oznacza to, że jest w nim pusto. Wprost przeciwnie, frekwencja jest dla mnie bardzo zaskakująca. Spodziewałem się może kilku osób, a tymczasem jest już wielu gości, a do wieczora przybywają kolejni. Obiekt dysponuje w pełni wyposażoną kuchnią, z elektrycznymi kuchenkami i piekarnikami. Korzystając z dobrej pogody po obiedzie wybieram się na wycieczkę. Wyruszam na zachód, z zamiarem ocenienia warunków na jutrzejszą wędrówkę do Myrdal. Idzie się całkiem dobrze, w śniegu widać ślady po skuterze. Dotarcie do Tuftene zajmuje mi około godziny, a to jak na zimę jest bardzo dobry wynik. Oglądam tereny po drugiej stronie jeziora Nedre Groendalsvetnet, gdzie znajduje się kilka domków letniskowych (hytt). Wystaje tam coraz więcej skał spod śniegu. Koło mnie zaś przebijają się przezeń pędy wierzbowe z pąkami. Te na szczytach są już rozwinięte i zamieniły się w tzw. kotki. Wracam do schroniska, lecz wpadam do niego tylko na chwilę po statyw i idę na stację. Hallingskeid jest specyficzna, bo nieliczne pociągi, które mają tutaj wpisany w rozkładzie postój, robią to i tak tylko na żądanie. Podróżni w wagonach zgłaszają chęć opuszczenia pociągu konduktorowi, a osoby czekające na peronie muszą pomachać maszyniście, gdy tylko lokomotywa pojawi się w zasięgu ich wzroku. Skład wcześniej zwalnia ze 160 do 30 km/h, by mieć możliwość bezpiecznego zatrzymania się przy peronie, gdyby zaszła taka potrzeba. Rozstawiam statyw, montuję na nim aparat, podłączam wężyk do zdalnego wyzwalania migawki i chowam się za jednym z filarów, by maszynista przypadkiem nie wziął mnie za osobę chcącą wsiąść do pociągu.

Po powrocie do schroniska spotykam w nim dwie znajome osoby. To chłopacy, którzy pracują w Finsehytta. Mając dwa dni wolnego, wybrali się na wycieczkę na nartach. Wieczór upływa mi na przeglądaniu zdjęć zrobionych w ciągu dnia i lekturze książki, którą zabrałem ze sobą z Polski. W łóżku dłuższą chwilę próbuję znaleźć dogodną pozycję do spania. Spieczona skóra na twarzy daje się we znaki coraz bardziej. W końcu udaje mi się jakoś zasnąć.

Please follow and like us: